Zamias' intro
Niespełnione nadzieje
Wśród wielu zdawkowych opinii i recenzji dotyczących Budgie, rzadko w latach 70-tych pojawiała się nuta szczerego optymizmu. Może dlatego, że jest to bardzo zwykły zespół, chociaż ludzie, którzy go tworzyli byli i są bardzo niezwykli. Dlaczego niezwykli? Bo zwykli, prosto z naszej ulicy, nasi sąsiedzi, nasi przyjaciele. Nie wynoszący się ponad poziomy, nie szukający wielkości w świecie, który na to nie zasługuje. Właśnie ludzie i ich filozofia życia są w Budgie najważniejsze. To jądro tego zespołu.
Niewątpliwie zespół miał swoje wzory i były to wzory z górnej półki. Nie stworzyli heavy-metalu, ale jednocześnie poprowadzili go na wyższy poziom. Budgie nie szukali sukcesu na siłę i być może dlatego go nie znaleźli. Nie zawiedli się przynajmniej. Wielu ludzi przeżywa życie nie dla sukcesu, ale dla siebie, dla swoich bliskich, dla chwil, które sprawiają przyjemność. W przypadku Budgie ci najbliżsi, to również fani. Ich single i albumy nie gościły na listach przebojów, ale który zespół ma do dziś tak zagorzałych zwolenników? To rzadkość, chociaż dla zespołu Budgie jest to zupełnie zrozumiałe.
Grupa nigdy nie osiągnęła sukcesu w USA (no może poza San Antonio w Texasie, gdzie są rozpoznawalni). Bardzo o to zabiegali na pewnym etapie kariery. Nie udało się. Wygląda na to, że nie była to tylko i wyłącznie wina zespołu. Od momentu, gdy pojawili się w 1971 roku na łamach prasy brytyjskiej, ten i ów próbował ich wykorzystać i sprzedać im przedziwne koncepcje złotych gór. Niedojrzałość muzyczna początkowych lat i naiwna, młodzieńcza ufność spowodowały, że zespół wierzył w potęgę menażerów i doznawał zawodu. Oczywiście łatwo dziś patrzeć na fakty chłodnym okiem, ale z pewnością wtedy ich decyzje nie były łatwe.
Od początku to, co grali dało się zamknąć terminem hard-rock. Byli stawiani w jednej zagrodzie, ale w drugiej linii za Led Zeppelin, Black Sabbath i Rush. Pamięć jest zawodna, ale to chyba właśnie z powodu dwóch zespołów, Budgie i Black Sabbath, pojawił się efemeryczny termin metal-rock, potem zamieniony na heavy-metal. Były jeszcze inne określenia dla muzyki Budgie np. heavy-riff-rock. To chyba najbardziej do nich pasuje, gdyż rzeczywiście byli mistrzami riffów. To kwintesencja ich rocka. Dynamiczny, agresywny, pełny temperamentu, prosty riff.
Wolność. Czy wolno mi grać to, co chcę? Ten odwieczny problem w przypadku Budgie w zasadzie nie istniał. Grali z reguły swoje kompozycje, nie za często przerabiali utwory innych wykonawców (robią to zresztą wszyscy znani wykonawcy w dużej mierze z powodu hołdu, a nie braku pomysłów). Swoje, po swojemu, bez względu na efekty. Trudno nie lubić tych aranżacji. Wolność grania tego, co chcieli i co lubili nie zawsze szła w parze ze wspaniałymi kompozycjami i pomysłami. Nie wznieśli się wysoko, nie zdobyli nagród Grammy, MTV albo jakichś tam instytucji. Zdobyli serca zwykłych ludzi, z którymi spotykają się na pogawędkach i koncertach. Zdobyli przede wszystkim swoje podwórko, Walię. Pozostaną tam na długo najlepszym lokalnym zespołem rockowym. W całym zamieszaniu z zespołem Budgie ważne jest, jak bardzo podkreślają znaczenie swoich koncertów w Polsce. Przecież nie zarobili tu wielkich pieniędzy. Znaleźli zupełnie coś innego. Myślę, że wszyscy wiemy co.
Czy Budgie odnieśli sukces? Czy wpłynęli na to, co dzieje się w muzyce rozrywkowej? Czołowe zespoły heavy-metalowe oddały im hołd: Metallica, Iron Maiden, Soudgarden czy Alice in Chains. Budgie nie byli w Woodstock, ale były tam ich utwory. To zbyt dużo, aby poświęcić takiej grupie tylko 2 centymetry. Metalowi wirtuozi doceniają Budgie.
Posiadali zbyt mały warsztat instrumentalny. Porównując Budgie z monstrami rocka, natychmiast zauważa się znaczne różnice w gospodarowaniu środkami wyrazu, złożoności kompozycji i aranżacji. Pierwsze albumy ujawniały duże braki w 'wyszkoleniu'. Nic dziwnego, grupa była totalnie amatorska. Uczyli się grać. Z czasem, kiedy zaczęli być technicznie świetni, skończyły się progresywne pomysły i jednocześnie zaczęli być bardziej metalowi. Nigdy jednak nie dorównali szeroko widzianej czołówce hard-rocka pod względem technicznym. Wypracowali własne brzmienie, choć od początku byli posądzani o kradzież stylu. To zrozumiałe, kiedy wrzuci się ich debiutancki album i już pierwsze takty Guts zajeżdżają atmosferą Black Sabbath. Łatwo się pomylić. Pamiętajmy, że ich pierwszy producent był również producentem Black Sabbath. Jednak Budgie na pewno mają własny styl, dopracowane brzmienie i to się liczy. To brzmienie nie jest progresywne, jest bardzo oszczędne. Pierwsze płyty ujawniały też skłonność zespołu do podążania za modą tworzenia rozbudowanych utworów, o zmiennej dynamice, tempach i klimacie. Jest parę takich utworów na pierwszych albumach, ale z czasem grupa z nich wyrosła i marzenia o progresji się skończyły. Należy zauważyć przy okazji, że zespół opierał swoją działalność na własnych kompozycjach i w większości były to solidne rzeczy, stworzone na bazie naprawdę dobrych pomysłów. Dlaczego nie zauważała tego Anglia i USA? Może brak siły przebicia, brak reklamy czy jeszcze coś innego, a może po prostu inni byli od nich lepsi?
Budgie tracili wątły kontakt z rockiem progresywnym w miarę wydawania kolejnych płyt. Pod koniec lat 70-tych, kiedy rock progresywny upadał (tzn. kiedy popełniano na nim upadanie), Budgie grali dalej i wydawali kolejne płyty. Poza połowę lat 80-tych pozwoliło im dotrwać coraz śmielsze nachylanie się w kierunku coraz bardziej modnego heavy-metalu. Zadomowili się na tym gruncie, gdyż byli pracowici, stronili od alkoholu i innych używek, które kładły wiele grup z tego rejonu.
Zero bajerów, czyste granie, czysta emocja. Szacunek dla siebie, szacunek dla fanów, szacunek dla kogoś, z kim grali. Takie było i jest Budgie.
Recommended webpages:
http://members.tripod.com/~BUDGIEFANCLUB/index.html
http://www.axelthomas.co.uk/
http://www.venco.com.pl/~piotrus/greenpages/budgie/index.htm
http://www.budgie.uk.com/index.html
Thanks a bunch.