Zamias' intro

Król Jaszczurów, czyli najbogatszy kloszard w mieście

Morrison: "Sądzę że pochodzimy od gadów..." (Salli Stevenson, wywiad z Jimem Morrisonem, Circus 13.10.1970).

Jaki był naprawdę Jim Morrison? Czy jesteśmy w stanie go zrozumieć? Czego chciał? O czym marzył? Dlaczego jego życie było tak krótkie? Minęło wiele lat od jego paryskiej śmierci, a na jego grób ciągle wybierają się fani z całego świata. Dlaczego czuwają przy tym właśnie grobie? Czego tam szukają? Siebie? Kim jest dla nich Jim? Kimś innym niż wszyscy?

W młodości Jim był taki jak każdy inny chłopak. Z oczu patrzyło mu łobuzersko, ale zdradzał również inteligencję i maniery. Lubił robić dowcipy kolegom. Jego autorskim popisem było udawanie omdlenia włącznie z teatralnym upadkiem na podłogę. Te akty sceniczne były do tego stopnia autentyczne, że Jim nawet nie dawał się ocucić pogłębiając frustrację otoczenia. Niektórzy biografowie Jima sprytnie zauważyli, że te teatralne upadki miały swoją kontynuację na koncertach The Doors. Za swoje wygłupy był karany zostawaniem po lekcjach w klasie. To oczywiście szybko docierało do jego rodziców, którzy karcili go za zachowanie w szkolnej ławie. Jim odbierał to zbyt ostro. Czuł się terroryzowany przez rodziców.

Ojciec Jima, George Stephen Morrison, był oficerem. Z tego powodu rodzina często zmieniała miejsce pobytu, a ojciec rzadko miał okazję dłużej pobyć z dziećmi. W czasie jego długich nieobecności opiekę rodzicielską sprawowała jedynie matka. Jak twierdził Jim, matka ciągle go strofowała, a przyjazd ojca zaczynał się od wyliczanki co też jego syn narozrabiał. Dyscyplina wzmagała się i rozpoczynały się protesty. Jim zaczynał przekraczać pewne granice. W wieku 13 lat po raz pierwszy pojawiły się skargi, że Jim znęca się nad rodzeństwem (Jim zalepiał młodszemu bratu usta gdyż denerwował go jego oddech). Co poza tym? Kradzieże w sklepach, złośliwości wobec kolegów, szyderczy śmiech, spuszczona głowa, wygłupy...

Ojciec próbował zainteresować syna wojskiem, a szczególnie służbą na morzu, ale to się nie udało. Jim brzydził się wojskiem jako instytucją, wręcz nią pogardzał. Z tego powodu ojciec z założenia pozbawiony został autorytetu.

Oprócz zbuntowanego Jima, który stał się zakałą rodziny, był jednak jeszcze inny Jim. Inteligentny, oczytany, nazywany pożeraczem książek. Już w wieku 13 lat czytał Normana Mailera, amerykańskiego pisarza, dziennikarza i filmowca, który w latach młodości Jima zasłynął jako autor odważnych esejów. Pisał o zagubionym społeczeństwie pełnym przemocy, gwałtu, seksu, histerii i zamętu (Biały Murzyn, 1957; Ogłoszenia dla siebie, 1959). Ponieważ miał za sobą przeszłość wojskową (był kucharzem okrętowym w czasie II wojny światowej), dostarczał także interesujących spostrzeżeń z tego obszaru (Nadzy i Nieżywi, 1948).

W roku 1955 Jim obejrzał film Rebel Without The Cause (Buntownik bez powodu) z Jamesem Deanem w roli głównej. Gra w kurczaka wywołała w nim z pewnością wielkie poruszenie, gdyż w jego biografiach znaleźć można podobne zachowania (np. przejeżdżanie z zamkniętymi oczyma przez skrzyżowanie, czy też wypadanie z jadącego samochodu). Gra w kurczaka polegała na tym, że grupa chłopaków urządzała kradzionymi samochodami coś w rodzaju wyścigu. Startowali razem i zmierzali ku urwisku. Który pierwszy wyskoczył, przegrywał i nazywano go kurczakiem, dokładnie tak jak nazywa się młode dziewczyny. Bohaterem filmu był zbuntowany Jim, który nie mógł znaleźć kontaktu z ojcem. Akcja działa się w Los Angeles. Aż za wiele zbieżności z życiem Morrisona. Nic dziwnego, że te zbieżności spowodowały obsesyjne wręcz zainteresowanie Jima sztuką filmową.

Morrison: "Bohater jest kimś kto się buntuje, albo wydaje mu się że się buntuje, przeciw faktom egzystencji i ma wrażenie że podważa je, lecz w oczywisty sposób to może pracować tylko momentami. To nie może być sprawa długotrwała. Lecz nie znaczy to, że ludzie nie powinni próbować buntować się przeciwko faktom egzystencji. Kto wie, może pewnego dnia przebijemy śmierć i choroby i wojnę." (Salli Stevenson, wywiad z Jimem Morrisonem, Circus 13.10.1970).

Pierwszymi inspiracjami muzycznymi Jima byli wokaliści Ricky Nelson i Elvis Presley. Wtedy byli to idole młodzieży. Jim lubił nie tylko książki, film i muzykę, lubił także sprośności. Czytywał komiksy i magazyny humorystyczne. W 1958 roku otrzymał nowego idola. Był nim Jack Kerouac i jego książka On The Road (W drodze). Uznana za autobiograficzną, opisywała spostrzeżenia z wycieczek grupy młodych ludzi po Ameryce. Definiowała zupełnie nowe spojrzenie na życie młodzieży stając się księgą Beat Generation, przyszłego pokolenia narkotyków, jazzu, poezji i wojny wietnamskiej. Zawierała nowe spojrzenie na wolność jednostki odwierciedlające poglądy i życie bitników, a potem hippisów.

Studia Jima na Florydzie były okresem poszukiwań. Był z dala od rodziców, więc w pewnym względzie czuł się wolny. Czytał bardzo dużo Najważniejsze inspiracje z tego okresu to filozof Fryderyk Nietsche i poeta Artur Rimbaud. Z wypowiedzi jego rówieśników wynika, że Jim był impulsywny, niekonsekwentny, nieśmiały i hiperkrytyczny wobec wszystkiego co go otaczało, szczególnie wobec instytucji. Jego koledzy z internatu wspominają jego egoizm, kradzieże pieniędzy, oszustwa, zjadanie im zapasów pożywienia i przechwytywanie poczty. Jego pokój walał się od książek. Miał wszystko gdzieś, ale był lubiany, gdyż robił dowcipy. Jego nowym numerem z tego okresu było przechadzanie się po krawędziach balkonów. Rozpoczyna prowadzenie zapisków. Zakłada zeszyty, w które wpisuje to, co mu przyjdzie do głowy. Wykorzystywał to potem w swojej twórczości, o ile nie wyrzucił takiego zeszytu ze złości. Na studiach poznał swoją pierwszą poważną dziewczynę Mary Werbelow, z którą łączyło go wiele, ale nie na tyle, aby związek przetrwał próbę czasu. Odwiedzał ją podróżując autostopem i wtedy powstała w jego głowie postać autostopowicza - zabójcy, który zaistniał w utworach The End i Riders On The Storm.

Potem przyszły studia filmowe w Los Angeles, gdzie poznał Ray'a Manzarka. Zderzyło się dwóch ludzi, z których każdy myślał o sztuce. Ray chciał zrobić karierę artystyczną i komercyjną. Jim natomiast chciał realizować się w teatrze, filmie, poezji i muzyce. Tak stali się The Doors. Początkowo było im się trudno przebić. Występowali sporadycznie, nie mieli kontraktu płytowego, co więcej nikt nie chciał z nimi rozmawiać. Producentów przerażały nieco mroczne teksty Morrisona i nie spodziewali się na tym polu jakichkolwiek zysków. Zespół stopniowo zdobywał sobie lokalnych fanów w Los Angeles. Coraz lepsze kluby otwierały przed nimi drzwi. Aż znaleźli się ludzie, którzy byli w stanie zainwestować w zespół, gdyż zobaczyli w osobie Jima Morrisona głos pokolenia. Wytwórnia Elektra zrobiła najlepszy interes w swojej historii. Z małej firmy bez przyszłości stała się jedną z potężniejszych wytwórni w Stanach.

Debiutancki album uderzył jak piorun. Oparta na bluesie muzyka została wzbogacona jazz-rockiem, mimo że czasem balansowała na pograniczu pop. Zespół odważnie aranżował nagrania. Pozbywał się banalności w każdym calu. Kłaniając się klasycznym bluesmanom (Back Door Man), budował własne propozycje bluesowe (Soul Kitchen), proponował urocze, liryczne ballady (Crystal Ship, End Of The Night) i dynamiczny rock (Break On Through, Twentieth Century Fox, Light My Fire, I Looked At You, Take It As It Comes). Zapraszał do teatralno - muzycznej twórczości Bertolda Brechta (Alabama Song), by wreszcie zapronować własny muzyczny teatr oparty na poezjach Morrisona (suita The End). Wyjątkowo ciekawa rozpiętość tematyczna, różnorodność i pomysłowość. Sporo organowych solówek Manzarka, których wibrująca zmysłowość nadawała muzyce interesujące brzmienie.

Kolejny album, Strange Days, zachwyca przede wszystkim tekstami, ale także wyjątkowymi jak na 1967 roku aranżacjami syntezatorowymi. Muzyka nieco się upraszcza i ucieka w kierunku prostszych nagrań pop, lecz niektóre nagrania wskazują, że Jim ciągle pragnie zachować początkowe założenia (dramatyczna deklamacja Horse Latitudes, poetycki dramatyzm Moonlight Drive). Kwintesencją płyty jest nagranie suity When The Music's Over, w której zespół osiąga fantastyczny bluesowy klimat, a Jim wznosi się na szczyt wokalistyki rockowej prezentując całą gamę artystycznych środków wyrazu od histerycznych krzyków do władczych deklamacji. Dążenie Jima do stworzenia albumu złożonego z jednej suity, a zarazem będącego fontanną poezji, muzyki i dramatu, niestety nie wyszło na trzecim albumie Waiting For The Sun. Płyta wyraźnie odbiegła od planów i stoczyła się w kierunku muzyki popularnej. Do najciekawszych kompozycji trzeba zaliczyć rockowe nagranie Five To One, często wykonywane na koncertach i zawierające psychodeliczne partie gitarowe Kriegera; teatralny i antywojenny The Unknown Soldier zwracający uwagę niezwykłą jak na rocka aranżacją i silną wymową polityczną; wreszcie Not To Touch The Earth, jedyny fragment suity Celebration Of The Lizard, który doczekał się dopracowanej, studyjnej wersji.

Czwarty album Soft Parade był najgorszym zlepkiem tematów w twórczości The Doors. Jedynym nagraniem, które wybija się ponad przeciętność jest trzecia już studyjna suita The Soft Parade. Bardzo uwypuklono w niej plemienność aranżacji muzycznych, co brzmi świetnie i w pewien sposób kontrastuje z obrazami współczesnego życia Los Angeles. Przyczyn pogarszania jakości nagrań z płyty na płytę było sporo. Najważniejsze z nich to: niedyspozycja Morrisona, tendecje producenckie do kreowania muzyki popularnej, brak tematów (komponowali głównie Morrison i Krieger), niechęć grupy do wchodzenia w proponowane przez Morrisona udramatyzowane suity poetycko - muzyczne. Po klęsce artystycznej, ale o dziwo nie komercyjnej ostatnich albumów zespół konsoliduje się i nagrywa dwa świetne albumy Morrison Hotel oraz LA Woman. Wraz z nimi wracając do korzeni bluesowych i rytm and bluesowych (You Make Me Real, Spy, Maggie M'Gill, Changelling, Been Down So Long, Cars Hiss By My Window, Crawling King Snake, WASP (Texas Radio And The Big Beat)), proponując zdecydowanie rockowe rytmy (Roadhouse Blues, Waiting For The Sun, Peace Frog, Land Ho!, Queen Of The Highway, Love Her Madly, LA Woman). Urokliwym wyjątkiem ostatnich dwóch albumów dokonanych we czwórkę jest nagranie Riders On The Storm, które stało się wyróżnikiem grupy przecząc jednocześnie tezie, że zespół nie był już w stanie napisać dobrego tekstu i dotknąć ciekawszych aranżacji instrumentalnych. Niestety rozwój wypadków odsunął Jima od reszty, co zakończyło się jego przedwczesną śmiercią. Pozostała trójka nagrywała dalej, wydali nawet dwa albumy, lecz bez większych sukcesów. Bardziej chyba licząc na to, że śmierć Jima jest lipą i pewnego dnia wpadnie do nich do studio.

Koncerty The Doors to osobny rozdział. Początkowo Jim szukał siebie, czyli swojego scenicznego wizerunku. Potrafił stać tyłem do widowni i być do cna wypełniony tremą. Stagnację powoli wypierały różnorodne pomysły. Z czasem koncerty pod jego dyrekcją przeradzały się w misteria. On tańczył na scenie szamańskie wywijasy, albo w kuckach indiański taniec Hopi czy też inne plemienne propozycje, natomiast widownia wpadała w hipnotyczny stan odrętwienia albo w agresywny kociokwik przypominający sceny z obrazów Hieronima Boscha, jak sam Jim to puentował. Do szamańskich obrzędowych tańców dołączył teatralność. Deklamował poezje, czasem zupełnie nie oglądając się na to co gra zespół. Odgrywał scenki np. upadanie na scenę, miotanie się jak w obłąkaniu. Wprowadzał tym samym dramaturgię do występów. Również muzyka była podporządkowana jego aktorstwu. Jeśli teatr to również światła. Ale mało tego. Koncerty wbogacane były projekcjami filmów, które kręcono na zamówienie Jima. Spektakle te były różnie odbierane przez krytykę. Recenzje podkreślają niezwykłe zachowanie lidera i niesamowity klimat schodzący ze sceny i jak mgła otaczający widownię. Dramatyzm, niepokój, plemienność w zachowaniach i atmosferze, wreszcie muzyce i tekstach. Podkreślano ogromy wpływ spektakli The Doors na zachowanie publiczności, na jej hipnotyczne kołysanie się w rytm płynących tekstów i muzyki. Niektórzy krytycy zarzucali Jimowi nonszalancję i demoniczny śpiew, jakby chciał zawładnąć słuchaczami.

Gdy na scenę wchodził Jim nigdy nie było wiadomo co może się stać. Zespół żył w ciągłej niepewności. Najbardziej dosyć miał John Densmore, który był blisko odejścia od zespołu. Tymczasem Jim usiłował zapanować nad widownią i kompletnie przyporządkować sobie ludzi. Było w tym coś z dyktatury artystycznej. Gdy publiczność nie chciała się poddać jego nastrojom wpadał we wściekłość, kończył koncert albo obrażał najbliżej stojących. Potrafił poprosić o ciszę i beknąć. Widownia natomiast składała mu ofiary z papierosów, czasem z alkoholu. Jeśli Jim poprosił o papierosa, na scenie lądowało ich setki, a wszystkie ulubionej marki Jima. Bywało, że po wypaleniu papierosa Jim rzucał petem w widownię. Im dalej w sceniczny świat, tym bardziej stawał się brutalny, agresywny, gruboskórny i obsceniczny. Wymyślił sobie numer, w którym pocierał stojakiem od mikrofonu o spodnie wywołując erekcję. Potrafił mieć orgazm podczas koncertu. Krytyka jego zachowania na scenie była ustawiczna i dotarła bezpośrednio do prezydenta. Po historycznym koncercie w Miami podczas którego Jim rzekomo obnażył się, właściwie zespół był pod kontrolą FBI. Uznawano ich za artystów osłabiających morale społeczeństwa, szerzących hasła antywojenne i wrogie treści. Chaos i szaleństwo towarzyszyły koncertom The Doors prawie od samego początku, a Jim umiejętnie podsycał tę atmosferę i ładował publiczność, sterował jej emocjami i wyzwalał je w odpowiednich momentach.

Duży wpływ na zachowania sceniczne Jima miał Living Theater, awangardowy teatr wędrowny, który w 1969 roku dotarł do Kalifornii i zawładnął duszą Jima. Aktorzy Living Theater proponowali repertuar wyzwolony, pełen nagości, anarchii i chaosu. Zrobili wielki krok w kierunku artystycznej swobody wystawiając sztuki prowokujące, krytykujące, balansujące na granicy norm moralnych i prawa, choć przez to skłaniające do refleksji nad ponurą rzeczywistością.

Właściwie muzycy The Doors nigdy nie odbyli porządnej trasy koncertowej, która dałaby im mnóstwo pieniędzy. Jim nie wytrzymywał ciągłych koncertów. Znikał i pił. Pojawiał się nagle pijany w sztok i koncert trzeba było odwołać. Wielu koncertów nie można było odwołać, więc Jim śpiewał pod wpływem. Mało tego, potrafił przerywać występy innych wykonawców. Potrafił zniknąć po kilku koncertach na długi czas. Z pewnością nie uciekał od pracy. Uciekał od siebie i od uzależnienia od sceny. Nie chciał być niewolnikiem czegokolwiek i kogokolwiek. Wytwórnia płytowa niewiele mogła mu narzucić i nawet tego unikano.

Jim umykał wszelkim wzorcom gwiazdy. Był po trosze szaleńcem, po trosze pijakiem, po trosze narkomanem, po trosze kloszardem, a po trosze nikim. No cóż, nie sztuka być kimś. Żył chwilą jak straceniec. Żył pełną piersią jak młody poeta. Żył za krótko. Połykał świat mu współczesny. Połykał kulturę kraju i sięgał po klasyków. Uczestniczył czynnie w rewolucji młodzieży. Kontestował wojnę wietnamską i punktował wady społeczne. Był twórcą politycznym. Nawet swój zespół nazywał żartobliwie erotycznymi politykami. W listopadzie 1968 roku skrytykował wybranego prezydenta Richarda Nixona, co przysporzyło mu kłopotów. Jim znany był z antywojennych wypowiedzi, a jego największym dziełem na tym polu jest utwór i film The Unknown Soldier, które prezentowano nawet razem na koncertach. Ludzie nazywali te antywojenne spektakle vietkong-rockiem albo przerwaną mszą.

Inteligentny i wyalienowany. Obdarzony coraz rzadszym dzisiaj umiłowaniem czytania i analizowania książek, które chłonął by szukać w nich inspiracji do życia i twórczości. Odrzucił mieszczański styl życia. Odrzucił rodzinę. Odrzucił dom. Odrzucił telewizję, gazetę, szlafrok i kapcie. Odrzucił wszystko co wiązało się z dobrobytem, pieniędzmi i ich obłudnym wyrywaniem z garści innych ludzi. Nigdy nie kupił sobie mieszkania ani domu. Nocował przygodnie w motelach albo u przyjaciół i swojej dziewczyny Pameli. Wyzbył się wszelkich dóbr materialnych oprócz używek i samochodu. Zrobił więc dokładnie odwrotnie niż cała reszta zespołu i większość społeczeństwa goniącego za zdobyczami finansowymi i co gorsza porównującego swoje trofea do tego co wydarli inni ludzie. Jima nie obchodziły pieniądze. Ciężko było go szantażować czy przekonywać przy pomocy pieniędzy, gdyż niewiele dla niego znaczyły. Portfel Jima to dwa kawałki kartonu przewiązane gumką.

W 1968 roku stał się uznanym wokalistą, poetą i symbolem ruchu kontestacyjnego w USA. Był gwiazdą, ale nią nie był. Wcale nie chciał być gwiazdą, Wiedział, że to kolejne uzależnienie, jeszcze gorsze jak narkotyki. A więc pił, spał na ulicy gdzie popadnie, rzygał i sikał gdzie mógł. Przesiadywał w tanich barach jak kloszard, spacerował po plaży i mieście, obserwował, notował i pisał wiersze. Był wolny. Zrywał wszelkie kajdany, jakie pojawiały się na jego drodze. Z powodu swojego zachowania tracił przyjaciół i ludzi z branży, ale ciągle zyskiwał nowych z powodu niezwykłej bezpośredniości. Nie znosił instytucji i zwykle był opryskliwy dla wszelkiej maści urzędników. Była to reakcja na brak akceptacji tego co zbudowało społeczeństwo.

Wytwórnia opiekowała się nim od strony prawnej. Prawnik cały czas miał pełne ręce roboty. Jima kilkanaście razy aresztowano, głównie za zakłócanie porządku. Szantażowały do prostytutki, które oskarżając go o ojcostwo, widziały łatwy łup finansowy. W momencie swojej śmierci Jim miał trzy sprawy o ojcostwo, które nigdy nie zostały zakończone. Pojawiały się szantaże wobec Jima np. o ujawnienie jego gejowskich zabaw. Ciąże i aborcje jego partnerek były chlebem powszednim i jego prawnik miał co robić, aby ratować mu skórę. Wszystkie te i podobne sprawy nabrzmiały w roku 1969.

Rothchild: "Kiedy był trzeźwy był najprzyjemniejszą, najmilszą i najgrzeczniej wysławiającą się istotą ludzką jaką znałem. Był komunikatywny, spostrzegawczy i zmysłowy. Dałeś mu trzy drinki i był potworem. Jak Jekyll i Hyde. Był czymś najgorszym. Przez 90 procent czasu kiedy był pijany nie można było się z nim dogadać. Przez pozostałe 10 procent przełamywał się i był wspaniały. Te 10 procent jest na jego płytach. Reszta to śmieci." (Blair Jackson, wywiad z Paulem Rothchildem, 3.07.1981, http://archives.waiting-forthe-sun.net/Pages/Interviews/OtherInterviews/rothchild_bam.html).

Jim był wyjątkowo wrażliwym człowiekiem i bardzo przeżywał swoje numery. Stresowało go to i wielokrotnie nie potrafił tego opanować. Pił, rozrabiał, żałował tego i zapijał, bo było mu przykro. Jego kumple z zespołu uważali, że zupełnie nie był odporny na ciosy życiowe i miał ostre skłonności do depresji. Nie potrafił przeboleć jeśli publiczność go nie rozumiała i nie chciała poddawać się jego nastrojowi. W zestawieniu z potrzebą zwracania na siebie uwagi była to mieszanka piorunująca. Dodając wrodzoną u Jima niekontrolowaną wściekłość wobec niesprawiedliwości w jakiejkolwiek dziedzinie życia (tu i ówdzie nazywają to idiotycznie brakiem przystosowania), dodając jeszcze narkotyki i alkohol, można wyobrazić sobie Jima jako tykającą bombę gotową do natychmiastowego wybuchu.

Narkotyki nazywał amunicją. We wczesnym okresie działalności The Doors brał dużo LSD. Stopniowo rezygnował z narkotyków na rzecz alkoholu. Na początku 1968 roku Jim pił już bardzo dużo. Wyrzucali go z klubów, gdyż rozrabiał. Rzygał na ludzi, wyzywał ich, oddawał mocz publicznie, prowadził samochód po pijanemu, podejmował różne ryzykowne akcje np. przejazdy samochodem przez skrzyżowania na czerwonym świetle albo przebieganie przez skrzyżowania po ukosie albo zwisanie z balkonów. Był wiecznie posiniaczony. Duże ilości wypitego piwa przekładały się na wzrost wagi ciała. Nie przychodził na próby i sesje nagraniowe. Wkurzał członków zespołu. Jednocześnie osaczały go młode dziewczyny. Doszło do sytuacji, w której wytwórnia wynajmowała ludzi do pilnowania Jima m.in. jego stróżem był Bobby Neuwirth, przyjaciel Janis Joplin. Na kaca Jim pił drinka Ramos Gin Fizz. Pod koniec życia brał kokainę i wyjątkowo rzadko heroinę. Palił oczywiście marlboro w bardzo dużych dawkach. Jego zdrowie pogarszało się szybko. Miał nieleczone zapalenie płuc, krwotoki z nosa, kaszlał krwią. Prawdopodobnie Jim miał chorobę weneryczną. Umarł, gdyż nie dbał o siebie. Brak sekcji zwłok spowodował powstanie wielu domysłów i do dziś narastających hipotez.

Miłość w życiu Jima była równie ważna, co przewrotna. Niewątpliwie był zwolennikiem wolnej miłości, jednak na różnych etapach swojego życia szukał swojej jedynej partnerki. Jego muzą była Pamela Courson. Związek Jima z Pamelą był bardzo burzliwy i towarzyszły mu liczne romanse obojga. Pamela nie cierpiała ludzi z The Doors i wymuszała na Jimie aby odszedł od grupy. Jim uwielbiał Pamelę i była jego największą słabością. Oddawał jej mnóstwo zarobionych pieniędzy.

Morrison: "Miłość jest jednym z całego naręcza środków jakie mamy aby unikać pustki." (Salli Stevenson, wywiad z Jimem Morrisonem, Circus 13.10.1970).

W 1971 roku Jim wylądował w Paryżu. Prasa pisał wtedy, że wyjechał odpocząć, czy też w poszukiwaniu nowych inspiracji. Tymczasem była to w pewnym sensie ucieczka za pełnym pozwoleniem służb specjalnych. Gdyby Jim nie wyjechał do Paryża, zostałby aresztowany i osadzony w więzieniu za sławetne numery podczas koncertu w Miami w 1969 roku. Chory na zapalenie płuc Jim przeżywał w Paryżu drugą młodość, ale zdrowie odmawiało mu współpracy, a alkohol pogłębiał jego stan psychiczny. Bardziej niż prawdopodobnie Jim nie miał szans na karierę w Paryżu. Francja nie zaakceptowałaby go jako wieszcza czy poetę. Kariera wokalisty była skazana na niepowodzenie, gdyż nikt nie przyjąłby postawy i wizerunku Jima. Poza tym Paryż był antyamerykański z powodu prowadzonej przez USA wojny w Wietnamie. Jim był wolny, ale skazany na samotność gwiazdy wygnanej poza granice kraju.

Rothchild: "Chciał pisać. Chciał być aktorem. Bycie wokalistą The Doors nie było jego pomysłem na dobrą zabawę. Stało się bardzo trudne, aby go zainteresować nagrywaniem." (Blair Jackson, wywiad z Paulem Rothchildem, 3.07.1981, http://archives.waiting-forthe-sun.net/Pages/Interviews/OtherInterviews/rothchild_bam.html).

Poezje Jima wypełniły wiele utworów nagranych na płyty The Doors, ale również wiele poematów znalazło się w wydawanych tomikach wierszy. Czytając teksty Jima odnosi się wrażenie, że nie są to moralizatorskie tony i patetyczne uniesienia, ale raczej opisy własnych przeżyć, doznanych wrażeń na przestrzeni od dzieciństwa przez buntownicze dojrzewanie do dorosłego życia. Wśród tych przeżyć niektóre są bardzo uwypuklone i Jim ciągle do nich wraca np. masakra drogowa Indian Hopi, wyprawy pustynne z przyjaciółmi czy nocne życie Los Angeles. Jim opisuje również własne wizje artystyczne, wplata urywki własnych scenariuszy filmowych (np. autostopowicz), wprowadza wątki związane z wojną. Jego wiersze epatują realnym zagrożeniem, mistycznymi siłami zdolnymi do uruchomienia katastrofizmu czy też obrzydliwościami przybierającymi kształty gadów tudzież wyzwolonymi spod moralnej cenzury wyrażeniami związanymi z seksem ze szczególnym naciskiem na konsekwencje kompleksu Edypa. Oczywiście nie brakuje w jego twórczości niewinnych erotyków, błogiej kontemplacji czy pozbawionych brutalności wersetów. W to wszystko Jim ładuje potężną dawkę wyobraźni i świat jego metafor staje się najczęściej niezrozumiały. Wyraźnie przeszukuje umysł w celu znalezienia ujścia dla swoich iluzji i wizji podnosząc żaluzje aluzji. Jego realizm załamuje się wtedy i znajdujemy się na drugim brzegu, po drugiej stronie tego co Jim nazywał wrotami czy też drzwiami. Ta strona jest najbogatszym reprezentantem twórczości Jima. Brak tu poetyckich aforyzmów, które można przyjąć jako życiowe credo. Króluje natomiast nieskrępowana swoboda, poszukiwanie wyzwolenia wyobraźni, brak granic i barier artystycznych. To zupełnie inny, wirtualny realizm spleciony z plemiennymi obyczajami, cofający się ku pierwotnym instynktom prehistorii. Nie ma tu miejsca na konformizm. Jim miał czelność odwrócić się od norm społecznych, od zakłamania ludzi i zbudowanych przez nich instytucji. Pokazał, że wystarczy przejść przez zabite dechami wrota własnego, zakompleksionego, zamurowanego stereotypami jestestwa. Jim nie zbliżył się jakością twórczości do swojego guru, Artura Rimbauda, ale niektórzy widzą w nich dwóch Prometeuszy, złodziei ognia.

Idole literaccy Jima Morrisona to przede wszystkim jemu współcześni Allen Ginsberg, William Borroughs, Norman Mailer, Terry Southern, Jean Genet. Spośród filozofów lubił Friedricha Nietsche'ego i nie za to, że stworzył koncepcję nadczłowieka, ale za to że stworzył koncepcję wolnej woli i stracił zdrowie psychiczne widząc bitego konia. Idole poetyccy to przede wszystkim poeci francuscy Charles Baudelaire i Artur Rimbaud. Inspiracje dla jego twórczości można odnaleźć w następujących pozycjach (wybór):

Aldous Huxley - The Doors of Perception (1954);
William Blake - The Marriage of Heaven and Hell (1790 - 93);
John Rechy - City Of Night (1963);
Sofokles - Król Edyp (bardzo dawno);
Dave Wallis - Only Lovers Left Alive;
Jack Kerouac - On The Road (1951);
William Borroughs - Naked Lunch (1959);
William Borroughs - The Soft Machine (1961);
Norman Mailer - The Deer Park (1955);
Norman Mailer - An American Dream (1965);
Norman Mailer - Why Are We in Vietnam? (1967);

Edith Hamilton - Mythology (1942);
Marshall McLuhan - Understanding Media (1964);
Joseph Campbell - The Hero With A Thousand Faces (1949).

Biografie podkreślają uwielbienie Morrisona dla filmu ze szczególnym oddaniem dla następujących obrazów:

Nicholas Ray - Rebel Without The Cause (1955);
Jean-Luc Godard - Le Mepris (1963);
Joseph Losey - The Servant (1963);
Jean Genet - Un Chant d'Amour (1950);

Jim uwielbiał kino francuskie i potrafił pojechać na projekcję na drugi koniec Stanów. Spośród innych artystów cenieni przez Jima byli:

Andy Warhol, Brian Jones, Bob Dylan, Ricky Nelson, Elvis Presley oraz grupy rockowe Love, The Kinks i The Beach Boys. Nie wiadomo dlaczego nie przypadł mu do gustu śpiewający poeta francuski Jacques Brel, ale za to lubił go Ray Manzarek.

Jednym z najbardziej ciekawych hołdów oddanych Jimowi jako osobowości należy nagranie Desperado z albumu Killer (1971), grupy Alice Cooper. Autor tekstu porównuje ryzykanckie życie Jima do pojedynku rewolwerowców i konkluduje:

"Jestem zabójcą
Jestem klaunem
Jestem kapłanem
Co przybył do miasta"


Recommended websites:

http://www.doorshistory.com/index.html
http://www.crystal-ship.com/
http://en.wikipedia.org/wiki/The_Doors
http://www.doorscollectors.com/ffoe_ing.htm
http://www.rockmine.com/DoorsIC.html
http://www.waiting-forthe-sun.net/
http://www.johndensmore.com/
http://www.robbykrieger.com/
http://doors.eu.org/
http://www.thedoors.com
http://ldhp715.immt.pwr.wroc.pl/~bula/Doors.htm
http://www.raymanzarek.us/
http://www.rockmine.com/DoorsIC.html

Thanks a bunch.